Podróże służbowe

Podróże służbowe


maj 2018 Šiauliai (Szawle)

Miasto ok. 100 000 mieszkańców ejst jednocześnie 4 co do wielkości na Litwie. Zaszyte w lasach na Żmudzi, z dominującą niską zabudową. Idąc od renesansowej katedry do jeziora przejdziemy po schodach wykonanych z kamienia, pochodzącego ze zlikwidowanego żydowskiego cmentarza. Jezioro jest ważnym miejscem w mieście- tu się przychodzi na wagary i skręta. Obok stoi stary, zarośnięty i podtopiony cmentarz, dość dobrze zachowany z kilkoma polskimi nazwiskami na nagrobkach. Między cmentarzem a jeziorem znajdziemy labirynt ułożony z kamieni (podobno) pozostały po Bitwie Słońca, w której Żmudzini sprali krzyżaków oraz wielki metalowy lis- dzieło miejscowego artysty. Jadąc samochodem z miejscowym "przewodnikiem" w stronę Góry Krzyży, zobaczyliśmy przy drodze jakiegoś gościa, przypominającego Georga Martina, który łaził po poboczu i coś tam mruczał pod nosem. Nasz przewodnik wtedy uświadomił nas, że to ten sam artysta/ architekt, który zbudował metalowego lisa. W porównaniu z Wrocławiem zadziwiły mnie duże przestrzenie i wielopasmowe drogi.

No i poznałem tajemnice  oryginalnego litewskiego chłodnika, bo sam musiałem go przygotować




14-19.02.2018  Loughborough

Jeden z najlepszych uniwersytetów i niewielka miejscowość w Anglii. Uczelnia znana jest z badań nad wysiłkiem fizycznym i wiele wskazuje na to, że zajmuje się przede wszsytkim sportem. Oprócz tego na uniwersytecie znajduje się ośrodek badań nad storytelling. Samo miasteczko wygląda jak wyciągnięte z typowych angielskich filmów, których akcja dzieje się na prowincji. Wydaje się jakby było zatrzymane w czasie. Z rzeczką, kaczkami, łabądkami, łódkami, typowymi angielskimi domkami. Maiałem okazję być w dobrych restauracjach i po raz pierwszy przekonałem się, że Anglicy mogą mieć coś smacznego do zaoferowania. Moje dotychczasowe doświadczenia  z Londynu były raczej negatywne. Po kilku niemiłych wrażeniach smakowych (nawet pizza we włoskiej restauracji była zaolejona) myślałem, że wszędzie w Anglii mają tak samo, w związku z tym wybierałem przede wszystkim jakieś egzotyczne jadło (przede wszsytkim restauracje indyjskie, w których zawsze było smacznie). Po doświadczeniach w Loughborough doszedłem do wniosku, że być może to kwestia ceny. W Londynie stać mnie było tylko na to, co najtańsze a w Lougborough miałem okazję być w drogich restauracjach, do których zaprosił nas angielski zespół projektowy a przede wszytkim- prowadzący ich profesor. Był to jeden z ciekawszch wyjazdów projektowych, gdyż mieliśmy okazję do poznania ciekawego programu multimedialnego, służącego do składania własnych storytellings

12-16.01.2015 Stambul- Afyon

Stambuł po raz trzeci w życiu. Wiele znanych miejsc a i tak ciągle dużo do zobaczenia. Dobrze jest mieć właściciela hotelu za przyjaciela, który zajmie się tobą jak dobrym krewnym, da rabat, postawi śniadanie i do tego dorzuci prezent na do widzenia. Jedyną wadą tego miasta jest to, że wszytko w nim jest diabelnie drogie.
Afyonkarahisar to stolica regionu godzinę lotu ze Stambułu. Miasto bardzo ważne z wielu powodów: malownicze, stare z tradycjami, rzadko odwiedzane przez turystów.  Już 4 tysiące lat temu było ważne strategicznie. Nazwa miasta została zmieniona kilka lat temu i oznacza Opium Czarna Twierdza. Obecnie jest ważne ze względu na uprawę tej rośliny dla przemysłu farmaceutycznego. Udało mi się spróbować wszystkich najważniejszych smakołyków, charakterystycznych dla miasta: kajmaka- gęstej śmietany, którą mieszkańcy używają praktycznie do każdej potrawy, a która swój smak zawdzięcza podobno temu, że krowy zażywają słomy opiumowej; doner iskender- płaty mięsa wołowego polewane masłem, ciasto wiśniowe z kajmakiem, sucuk- kiełbasę wołową. Miasto jest słynne również z twierdzy wybudowanej na górze w środku miasta oraz marmuru. Niestety atak zimy spowodował, ze wejście na górę mogłoby być zbyt niebezpieczne, wprawdzie to tylko 450 stopni po schodach ale podczas projektu lepiej nie ryzykować. Wszędzie na ulicach zalegały zaspy śnieżne, dochodzące do 15 metra. Region jest jednym z najbardziej tradycyjnych- większość kobiet była szczelnie osłonięta i w chustach. Ciekawostkę stanowi też muzeum archeologiczne z ciekawymi zbiorami świata starożytnego, niestety pracownicy nie byli szczególnie przejęci gośćmi z Europy i najwyraźniej myśleli o tym, żeby jak najszybciej zamknąć i iść do domu. Po raz kolejny mogłem się przekonać o gościnności Turków i doskonałej kuchni, nawet w tych tańszych restauracjach.

10-14.09.2014 Alicante- Almeria

Trzy godziny lotu z Wrocławia wylądowałem w zupełnie innym świecie: Palm, spalonej ziemi, kaktusów, agaw, yuk i prażącego słońca. Alicante w dzień wabi plażami a wieczorem wygląda na jedną wielką imprezownię. Jak przyjeżdżasz tu w interesach to możesz się poczuć nieco nie na miejscu. Obydwie miejscowości mają wiele wspólnego: plaże, słońce, nazwy pochodzenia arabskiego, masywne cytadele na wzgórzu o tysiąceletniej tradycji. Przybyszowi trudno może być zrozumieć, jak w takich warunkach można w ogóle pracować.
Z racji, że to typowe miejscowości turystyczne, ze świecą szukać dobrze zaopatrzonych księgarni. Ostatnie nadzieje na dobrą literaturę naukową prysnęły od razu po pierwszej wizycie w największej księgarni w Almerii.
Pomimo tego, że kierowcy w Londynie przyzwyczaili mnie do niewyraźnej wymowy, to i tak doznałem szoku językowego w starciu z totalnie niezrozumiałym ni to gulgotem, ni to chrumknięciem a może raczej serią chrząknięć i gniewnych pomruków, które nie tylko nie przypominały w żaden sposób kastylijskiego ale nawet żadnego innego dźwięku wydawanego przez istotę ludzką, mającą duszę i rozum. Nie byłem w stanie zrozumieć kompletnie niczego z komunikatów kierowcy.
Podczas projektu zespół hiszpański zabił nas gościnnością. Chyba nigdzie podczas licznych projektów unijnych nie przyjęto mnie tak gorąco i tak rzeczowo jednocześnie.
A do tego wszystkiego świetna kuchnia. Podczas któregoś tam lunchu uświadomiłem sobie, że w krajach romańskich nie zdarzyło mi się nigdy, żeby potrawa była niesmaczna. Zaraz potem przypomniała mi się obrzydliwa kuchnia londyńska i uświadomiłem sobie, że poza restauracjami indyjskimi, nie zdarzyło mi się tam zjeść niczego smacznego. Nawet w restauracjach włoskich czy meksykańskich dania były przetłuszczone lub niedoprawione.


01-06.09.2014 Grodno- Kobryń- Brześć

Tym razem czułem się w Grodnie prawie jak u siebie w domu, albo raczej w swoim mieście. Zakwaterowanie w hotelu dla nauczycieli akademickich i asystentów przywołało we mnie wspomnienie wieloletnich pobytów w akademikach, kiedy to studiowałem beznadziejnie, nie wiedząc czy mi do czegokolwiek te studia się przydadzą. Dwupokojowe puste mieszkanie hotelowe z łazienką jednocześnie przywoływało specyficzną samotność człowieka poznającego i bogate życie towarzyskie . A przecież tak wiele było różnic w stosunku do tych czasów sprzed ćwierć wieku prawie.
Ta swojskość wynikała z wielu różnych rzeczy. Przede wszystkim podczas tego pobytu coraz lepiej dawałem sobie radę z rosyjskim- na tyle dobrze, że jak trzeba było przeprowadzić konwersację to mi się udawało nawet coś  powiedzieć w miarę gramatycznie a nawet uczestniczyć w dyskusjach. Nie przeszkadzały mi specyficzne potrawy kuchni wschodniej, oparte na mięsie i śmietanie a dużo spośród spotkanych osób było już  moimi znajomymi, co wynikało z poprzednich wizyt. W Grodnie było mało czasu, ale miejscowy przewodnik znalazł dla nas w sobie tyle grzeczności, że podarował nam jedno swoje popołudnie i oprowadził po starym cmentarzu. Obok nagrobków polskich, znaleźliśmy francuskie, niemieckie, rosyjskie i białoruskie. Szczególnie ciekawy widok stanowili żołnierze trzech wrogich armii pochowaniu praktycznie rzecz biorąc obok siebie, prawie wymieszani.
Kobryń uczynił na mnie tak duże wrażenie jak Grodno za pierwszym pobytem. Z miastem wiązały się ciągłe opowieści o Suworowie, rosyjskim generale, który uczynił miasto sławnym poprzez samo rezydowanie w nim.
Brześć to krótki przystanek w drodze do domu. Dosłownie na dłuższy spacer, kawę i kontemplacje paru pomników. Niestety nie było czasu, żeby zobaczyć cytadelę.



03.06-07.06.2014 Ryga-Helsinki-Kajaani-Helsinki- Ryga

Pierwszy szok nastąpił, gdy wysiadłem w Kajaani o godz. 22.40 i zorientowałem się, ze coś jest nie tak. To słońce wisiało cały czas nad horyzontem. Świadomość tego faktu dotarła do mnie jednak dopiero w pełni po północy, gdy słońce już zaszło a na dworze ciągle było jasno i średnio chciało się spać. To tak zwane białe noce, kiedy słońce zachodzi tylko na 2 godziny a i tak nie ma ciemności. Za to w zimie na odwrót. Brakowało jeszcze tylko zorzy polarnej ale to nie ta pora roku....
Finlandia ma duże problemy z przyrostem naturalnym i gęstością zaludnienia- od miejscowości do miejscowości można było jechać prawie godzinę i po drodze nie spotkać żadnej osady- nawet pojedynczego domu. Same jeziora, lasy i komary.
Kuchnia nie zachwyca. Do ciekawszych można zaliczyć dżem z żółtych jagód (Lakkahillo), mięso łosia i renifera, karelskie ciasteczka (na słodko, bądź na słono z nadzieniem z rozgotowanego ryżu), kasza manna zmiksowana z sokiem truskawkowym bądź jagodowym.
Helsinki to dość surowe miasto- mało zabytków a i tak większość ciekawych obiektów pochodzi z czasów imperium rosyjskiego. Największe wrażenie czyni chyba katedra Uspienskiego- największa cerkiew prawosławna na Zachodzie.
Ryga w porównaniu z Helsinkami to prawdziwa perełka. W dodatku wszystko wydawało się szczególnie dobre. Od kuchni ze specyficznymi potrawami opartymi na śledziu, ogórkach i burakach, poprzez klimat małego, urokliwego miasteczka (najważniejsze zabytki można obejść w niecały dzień, aż do jakichś lokalnych specjalności jak rzeźby ze słomy, kamienia, gałęzi, czy śpiewających w restauracji studentów, z talentem i głosem prawdziwych rockmenów.
Jedyną niedogodność stanowiły loty śmigłowymi Bombardierami i samolotami typu ATR. Trzeba się było przyzwyczaić do gwałtownych manewrów na niewielkiej wysokości, szybkich podejść oraz pikowania.


Na lotnisku w Rydze zastanawiałem się dlaczego śmigłowe? Czy to kwestia starych samolotów z lat jakichś siedemdziesiątych ubiegłego wieku (samoloty typu ATR na takie właśnie wyglądały) czy może związane to z klimatem północy, w którym może te śmigłowe się lepiej sprawdzają, czy po prostu jakieś inne względy zadecydowały o wyborze takich dziwnych samolotów. Przyglądałem się jak ląduje ten, do którego miałem za chwilę wsiąść i zwróciłem uwagę, że wykonuje niesamowity zwrot przy podchodzeniu do lądowania, na niewielkiej wysokości. To nie wróżyło dobrze. Po wejściu do samolotu szybko się przekonałem, że zła wróżba szybko się spełnia. Po przygodach z nieprzyjemnym startem we mgle i deszczu, czekały mnie silne turbulencje w trakcie lotu i pikowanie przy podchodzeniu do lądowania. Żołądek uciekał gdzieś do tyłu samolotu i jak zwykle w takiej sytuacji, zaczynałem sobie przypominać wszystkie aluzje do katastrof lotniczych z moich opowiadań. Drugie silne wrażenie to fińskie stewardessy, które miały praktycznie przez cały czas założone czarne rękawiczki. Domyślam się, że to miało być eleganckie, ale jak dla mnie sprawiały wrażenie dość makabryczne- kojarzyły mi się z konduktem pogrzebowym, jakimiś obsesjami masochistycznymi albo ewentualnie z serialem kryminalnym „Kobra”- mordercę w tych spektaklach teatru telewizji można było zawsze poznać po skórzanych czarnych rękawiczkach.




21.05-26.05.2014 Bolonia-Ferrara- Florencja- Bolonia

Bolonia to cudowne uniwersyteckie miasto. Ma w sobie klimat średniowiecza- wąskie uliczki, kamienice, dzielnica uniwersytecka z licznymi księgarniami i muzeami no i oczywiście rynek z ratuszem i dwie wieże. Znalazłem tam o wiele więcej murali o charakterze ekologicznym, lewicowym i antyfaszystowskim niż chyba we wszystkich miastach europejskich w jakich byłem do tej pory, razem wziętych. W starym przewodniku wyczytałem, że Bolonia była zawsze lewicowa, może to dlatego. Niestety na moje nieszczęście śliczny i bogato zaopatrzony antykwariat znalazłem w jakiejś bocznej uliczce, zupełnie zagubiony, w chwili kiedy musiałem już wracać. Wygospodarowałem tylko 5 minut a żeby się nacieszyć tymi możliwościami i coś wybrać potrzebowałbym przynajmniej pół dnia. Bardzo ciekawe okazało się Muzeum Medycyny, choć nie tak wspaniałe jak je opisywano w przewodnikach. Tak czy inaczej zgadzam się, że należy je odwiedzić, nawet jeśli ktoś widział wcześniej eksponaty Josephinum w Wiedniu. Woskowe odlewy czynią wrażenie, nawet w czasach Guntera von Hagensa.
Ferrara zwana jest przez mieszkańców małą Bolonią. Coś w tym jest. Miasto ma podobny charakter jeśli chodzi o architekturę. Zabytki skomasowane wokół rynku, tylko do nielicznych potrzeba więcej czasu żeby dojść (tak do pół godziny). Niestety obowiązki projektowe nie pozwoliły na zwiedzenie nawet tych najważniejszych. Bardzo mnie rozczarowało, że zwiedzanie grobu Lukrecji Borgii możliwe było tylko w niektóre dni i tylko przez 2 godziny dziennie po południami. Z drugiej strony grobowce są w czynnym klasztorze, więc to zrozumiałe. Choć o wiele mniej tu było zabytków to nie dało się nie pokochać Ferrary. Miasto urodą nie ustępowało Bolonii ani trochę. W dodatku ciepłe przyjęcie gospodarzy i warsztaty teatralne, na których mistrz wspomniał o Grotowskim i jego zasługach dla teatru, dopełniły całości. Jedyne co mnie zdziwiło to dość monotonne żywienie- jakby Ferrara nie tylko nie miała potraw lokalnych ale nawet nie starała się zachwycić turystów czymkolwiek szczególnym. A może po prostu projektowo się tak zdarzyło.

Florencja to działo sztuki samo w sobie. Miasto musiało być swego czasu bajecznie bogate a i w dzisiejszych czasach to czyni ogromne wrażenie. Przechadzając się ulicami miasta, co chwilę można było spotkać arcydzieła architektury. Katedra czy Ratusz (Palazzio Vecchio) są moim zdaniem prawdziwymi zjawiskami i dla nich samych można by było przyjechać do tego miasta- ażurowego, renesansowego, koronkowego, mieniącego się kolorami. Jeżeli kiedyś będę odwiedzał jakieś miasta po raz drugi to Florencja na pewno będzie na czele listy. Można tymi uliczkami chodzić całymi dniami a ciągle człowiek natrafi na jakiś detal. Architektura jest tak przeładowana drobiazgami, że miłośnik sztuki doznaje kompletnego szoku.


29.04.2014-04.05.2014 Lwów i Łuck

To czwarte odwiedziny Lwowa i pierwsze Łucka.  We Lwowie zawsze czuć taką atmosferę jak w Krakowie i Wrocławiu. Wiele osób to potwierdza. Tym razem w związku z trwającą wojną czuć atmosferę lekkiej dekadencji, pomieszanej z nastrojami pesymistyczno- depresyjnymi a wszystko to w cieniu wyraźnego zagrożenia. W mieście została otwarta restauracja, gdzie dostaje się setkę za  wykrzyknięcie hasła 'sława Ukainie, przed ratuszem wystawa bohaterów, którzy zostali zabici na Majdanie, flagi, hasła nawiązujące do bojkotu towarów rosyjskich i do utrzymania jedności. Jednocześnie zaczęła się już wyraźnie walka wyborcza. Widziałem jednego z kandydatów, jak się fotografował w roku kierowcy taksówki a inny na plakacie wyglądał jak Bronisław Komorowski.  Prace w ramach konferencji były bardzo długie i intensywne. Po pięciu dniach spotkań jesteśmy wszyscy kompletnie fizycznie wyprani.
W Łucku podświadomie szukałem śladów polskiej bytności i tragicznych wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat. Na portierni hotelu Świteź leżał "Kurier Wołyński" wydawany w dwóch językach- po polsku i ukraińsku. Na kostce brukowej wytłoczony polski napis Zarząd miasta Łuck. Pomnik przed miejscową katedrą, upamiętniający rozstrzelanych więźniów oraz tablica poświęcona oficerowi UPA- w tym ostatnim przypadku charakterystyczna była reakcja ukraińskiej przewodniczki, która na moje pytania kto zacz, powiedziała "Szto było to było". Wygląda na to, że jeszcze nie przyszedł czas na przerobienie żałoby i solidne rozpracowanie trudnych tematów.
Konferencję otworzył bardzo dobry występ chóru Żytoluby, który wykonał kilka tradycyjnych pieśni ukraińskich. Bardzo dobra atmosfera spotkań chociaż na murach ode czasu do czasu można byo zobaczyć napisy w stylu white power czy 14 88. Tak jak wszędzie- w Polsce również.
Największe wrażenie czyni zamek z muzeum  ksiązki i muzeum dzwonów. Oprócz tego ciekawe rekonstrukcje średniowiecznych machin oblężniczych w rodzaju- trebusz czy balista.
Dla kogoś, kto odwiedza Ukrainę pierwszy raz dwie rzeczy mogą wywrzeć niezapomniane wrażenie. trudno mówić tu nawet o jakichś negatywnych wrażeniach- to po prostu rodzaj szoku kulturowego. Je=dna rzecz to sanitariaty- druga to drogi. Ja miałem okazję jechać drogą ze Lwowa do Ivanofrankiwska i ze Lwowa do Łucka. Obydwie były jak po bombardowaniu. Czasami udawało się jechać trochę szybciej, slalomem między wielkimi dziurami, czasem jednak tylko z prędkością 10 km na godzinę. Na szczęście takie odcinki drogi nie były na całej długości..


17-21.03.2014 Rzym

To moja pierwsza podróż do Włoch. Zaskoczyło mnie, ze miasto jest brudne, zaśmiecone, rozkopane. W mniejszych uliczkach dusząca woń uryny. Zaskoczyło mnie również, że są tylko 3-4 nitki metra, a autobusy podmiejskie jeżdżą na obrzeżach co pół godziny. Poza tym opisy na przystankach pozostawiają dużo do życzenia. Pomimo jednak tych wszystkich niedogodności, miasto wywołało we mnie same pozytywne odczucia. Rzeczywiście przy Kolosemum i na Forum Romanum mozna poczuc wielkosc starozytnego Rzymu. Z drugiej strony blokowiska na obrzezach wygladaja zupelnie jak w Polsce.Wlosi sa bardzo mili a jezyk nie stanowi problemu jak ktos zna inny romanski, bo to przeciez wszystko na podstawie laciny. Ja mialem ten dodatkowy komfort, ze na studiach przeszedlem 2 letni kurs tego jezyka wiec tym bardziej czulem sie jak u siebie w domu pod tym wzgledem. Jedyne nieprzyjemnosci spotkaly mnie w Watykanie. Oprocz tego, ze samo wejscie do Muzeow Watykanskich jest stosunkowo drogie, to na dodatek w dniu odwiedzin byly zamkniete. Kiedy przyszedlem rano, straznicy stwierdzili ze bedzie otwarte od. 14.00 a po 14.00 okazalo sie ze nie bedzie otwarte w ogole, w zwiazku z czym nie mialem okazji zobaczyc ani Kaplicy Sykstynskiej ani apartamentow Borgii (ktore mnie bardziej interesowaly niz kaplica). Wiem, ze powinienem cwiczyc cnote cierpliwosci, ale to bardzo nieprofesjonalne- podawac tak sprzeczne informacje. Spotkalem sie rowniez z totalnym lekcewazeniem i nieuprzejmoscia ze strony straznikow w Watykanie. W pierwszym przypadku widac bylo, ze wynika to ze zmeczenia, w drugim pan najwyrazniej byl zainteresowany zaczepieniem stojacej obok mnie blondynki, co wywolalo we mnie... bardzo nieprzyjemne odczucia, o ktorych lepiej nie wspomninac.


6-9.02.2014 Paryż

Czwarty pobyt w Paryżu nie jest juz tak emocjonujący jak pierwszy. Ale zawsze to Paryż. Po raz kolejny przekonałem się, że to miasto mi bardzo pasuje. Zwłaszcza jak wszystko jest opłacone, czas odpowiednio zorganizowany a wokół sami znajomi i jedyne o co trzeba się martwić to ile zdążymy obejrzeć. Jak byłem miesiąc wcześniej, to trafiłem do muzeum armii, ale niestety tuż przed 16.00 i kompleks muzealny w Pałacu Inwalidów był już zamykany. Wtedy nie mogłem zrozumieć dlaczego parę minut przed 16.00 nie chcą mnie wpuścić. Zobaczyłbym chociaż bardzo szybko jak to wygląda. Teraz przekonałem się, że szybko to można te zbiory zobaczyć przez pół dnia a nie godzinę. Grób Napoleona nie wywołał we mnie wielkich wrażeń. Taka tam cesarska gigantomania i próby budowania religii Napoleona.... Najlepsze są moim zdaniem zbiory XVI-XIX wieczne oraz.... z II wojny światowej. A o mało co nie darowałem sobie tej części, która dotyczy dwóch wojen światowych. Szczególnie ciekawe moim zdaniem są plakaty propagandowe.
Drugim ciekawym miejscem, na które poświęciłem również pół dnia okazał się cmentarz Montparnasse. Zawsze fascynowało mnie, że ludzie przejmują się jak będą ich szczątki postrzegane przez potomnych. Oprócz nagrobków z roznegliżowanymi paniami, które muszą fascynować każdego mężczyznę, najciekawsze były dla mnie zupełnie przerysowane- napoleońskie, dziwaczne- jak nagrobek w kształcie akwarium (oczywiście przeszklony) oraz nagrobek bezimienny z wielkim usychającym kamiennym kaktusem.


14.10.2013 Amsterdam

Byłem totalnie zaskoczony- stosunkowo nieduże miasto (niecały milion mieszkańców) a jednak bardzo tętniące energią. Odniosłem wrażenie że Holandia to miejsce, gdzie Niemcy jadą po to, żeby się przekonać, że nie są tacy dokładni i uporządkowani jak im się dotąd wydawało. Wyglądało na to, że nawet trawa jest pomalowana i drzewa rosną pod sznurek. Wszystko dopieszczone i domalowane do granic niemożliwości. Zadziwiła mnie też ciekawa architektura centrum, którą można śmiało zestawiać z najpiękniejszymi budowlami Paryża i Londynu a myślałem naiwnie, że po wizytach w tych dwóch metropoliach nic mnie już nie zaskoczy w europejskiej architekturze. Z większych ciekawostek to oprócz dużej ilości kanałów i wiatraków, zwróciłem uwagę na specyficzne rowery.... bagażowe, z wielkim drewnianym pojemnikiem z przodu, co upodabniało je do taczek. Potrafiły kosztować nawet około 1800,- EUR.


18.08.2013 Wiedeń

Spodziewałem się że Wiedeń mnie  zrujnuje kompletnie. Tymczasem okazało się, że i przejazd jest dosyć tani, bezpośrednie busy spod mojego instytutu i knajpek wszędzie mnóstwo do wyboru do koloru na każdą kieszeń. Dużo słyszałem o nieuprzejmości wiedeńczyków- to na szczęście tez się nie potwierdziło. Mnóstwo sympatycznych ludzi nie szczekających na turystów, a ponieważ znam niemiecki więc już w ogóle nie było żadnych problemów. Na ulicach stosunkowo mało turystów, bo to środek wakacji i długi weekend. Znalazło się sporo cacek architektonicznych- szczególnie podobał mi się budynek instytutu chemii przy Kościele Wotywnym. Gdy się ktoś dobrze przyjrzy to w tym kościele też sporo ciekawostek: a to na przykład żołnierz korpusu ochrony pogranicza z okresu wojny klęczący przed świętą naprzeciwko witrażu przedstawiającego scenę z obozu koncentracyjnego a to herby Dolnego Śląska i Auschwitz w nawie bocznej. Co ciekawe obok Kościoła znajduje się park Freuda i rzeźba, która wygląda na metaforę natury ujarzmionej kulturę.
Z innych ciekawostek warto było zobaczyć projekt elektrowni w trakcie realizacji- tuż obok wieży Dunaju. Sam Hundertwasser musiał do tego przyłożyć łapkę.
Dużym udogodnieniem była możliwość dotarcia wszędzie na pieszo- najważniejsze zabytki i galerie są w centrum. Niestety wszystkie, które chciałem zobaczyć, były płatne.
Najgorsze wrażenie sprawiły na mnie obsikane kamienice, które rankiem właściciele lokali polewali jakimś płynem żeby zmyć ślady natury.
Chyba jest tam więcej Polaków niż innych nacji- polskie nazwiska można spotkać na szyldach drogich sklepów, w oknach galerii sztuki współczesnej, w nazwach firm.

zdjęcia z podróży


17.06.2013

Budapeszt jest diabelnie drogi- ta drożyzna jest porównywalna z Paryżem i Londynem. Może nawet jest gorzej ze względu na niewielką ilość tańszych restauracji. Po koniec pobytu żona wskazała mi na fakt, że VAT na żywność wynosi 27%. I wszystko stało się jasne. Pobyt bardzo udany. Miasto, jeśli chodzi o zabytki i ciekawostki nie ustępuje moim zdaniem w niczym wielkim stolicom europejskim. Architektura jest po prostu porażająca. Wprawdzie katedra Św. Stefana nie czyni wielkiego wrażenia (ma się na przykład nijak do katedry w Pradze, choć ma też swój urok) ale jest sporo innych osobliwości- na przykład Kościół Św. Mateusza, który wygląda jak z bajki dzięki jaskrawym barwom, główna synagoga (chyba najpiękniejsza jaką do tej pory widziałem), znajdująca się na ulicy obok mniejsza, bardziej zaniedbana synagoga, którą również koniecznie trzeba zobaczyć choćby z zewnątrz i ogrom prześlicznych kamienic- szczególnie te secesyjne mogą zaczarować turystę. Warto zobaczyć również miasto ze wzórza Gellerta, obejrzeć sobie statuę wolności, w kształcie dziewczyny trzymającej w górze liść palmowy oraz dwie charakterystyczne rzeźby- po jej prawej stronie widać posłańca biegnącego z ogniem (jak dla mnie to wyglądał na adiunkta niosącego kaganek oświaty) a po lewej stronie Herkules walący z pięści w łeb trójgłowej hydry (jeden z towarzyszy podróży zasugerował że to alegoria doktoranta, który poskramia intelektualnie niesfornego studenta)... Miałem okazję się sfotografować przed pałacem Aleksandra a wracając ok. 22.00 ze wzgórza Gellerta spotkaliśmy rohatyńca, który leżał na środku chodnika przewrócony do góry brzuchem i nie mógł zwiać. Kiedy Kamil postawił go na nogi- żuczek najwyraźniej się wkurzył, że ktoś śmie go dotykać i postawił rogi do natarcia. Wszyscy obawialiśmy się, że skoczy nam do gardeł niczym królik z Monthy Pytona i zacznie się wgryzać w tętnice szyjne a krew będzie tryskać strumieniami do pięknego modrego Dunaju.
Nasz pobyt zbiegł się z ustępowaniem powodzi (podobno poziom wody na Dunaju osiągnął rekord)- w mieście pełno policji i worków z piaskiem. Pasaże nad Dunajem niestety były zalane przez mętną błotnistą breję (wcale nie modrą)- przechodząc rano przez biały most mieliśmy okazję zobaczyć jak bezdomny (który pewnie koczował w pobliskiej stacji metra) bierze poranną kąpiel w tej brei, a środkiem Dunaju płynął jakiś wielki wiklinowy kosz, czy stół, który rzeka ukradła jakiemuś Madziarowi.
Kontrolerzy w metrze wyglądali na niezłych zakapiorów, którzy w razie czego mogą cię szybko spacyfikować- w cienkich, pomiętych mundurach, wykonanych z kiepskiego materiału, z długimi przetłuszczonymi włosami, stojący przy wejściu do metra parami  i obserwujący czy na pewno wszyscy kasują bilety.... zupełnie jak z tego słynnego filmu- wszyscy czekaliśmy aż pojawi się dziewczyna przebrana za kurczaka...
Spotkanie projektowe bardzo udane. Warsztaty okazały się bardzo przydatne i ciekawe. No i miały charakter kształcący dla całej ekipy- a ja miałem okazję przyjrzeć się jak rozwijają się kolejne talenty przywódcze i organizacyjne....
Warto wspomnieć też o polskich akcentów: ryksza wykonana z malucha albo Ludwik na wystawie sklepu z chemikaliami, gdzieś w bocznej uliczce w centrum

galeria zdjęć z Budapesztu



21.05.2013

Porto spełniło moje oczekiwania w zupełności. Sympatyczni ludzie, którzy przygotowali idealnie spotkanie projektowe, idealne proporcje między aktywnościami kulturalnymi  (w tym między innymi degustacja porto w winnicy Fereirra) a warsztatami w ramach projektu.

powitanie

Australijka w komentarzach skarżyła się na wrzeszczące mewy- dla mnie to był raczej koloryt lokalny- a wrzaski mew zamiast budzika całkiem sympatyczne. Dużą zaletą stylowego hotelu były śniadania, na których można było spróbować specjałów lokalnej kuchni jak i zjeść tradycyjne śniadanie angielskie (jeśli ktoś miał takie przyzwyczajenia). Na mieście rzadko zdarzało się znaleźć równie dobrą restaurację, z której dania smakowałyby równie dobrze jak z hotelowej kuchni. Szczególnie smakowały mi lokalne słodycze, których receptura przygotowywania opierała się na jakichś masach budyniowatych (prawdopodobnie typu flan).
Zdziwiło mnie wiele opuszczonych domów- część zdewastowana a część po niewielkich remontach nadawałaby się do użytku w krótkim czasie. Koordynator projektu powiedział, że to duży problem społeczny i że w dużych miastach w zasadzie władze nie wiedzą co z tym zrobić.


galeria zdjęć z podróży



10.05.2013

hmmmm.... współpraca z Białorusią i Ukrainą jest neizwykle trudna- mnóstwo problemów mnoży się po drodze, łącznie z tym, że czasem nie ma odpowiedzi na maile. Duże znaczenie ma fakt, że ludzie z którymi współpracuję są niezwykle zajęci, ale poza tym pojawia się wiele niespodzianek, o istnieniu których nikt wcześniej nie miał pojęcia. Na przykład w trakcie przygotowywania wizyty w ramach Study Tours to Poland wielkim problemem okazały się wizy do Polski. Przyjaciele z Białorusi nie mogli się zarejestrować na miesiąc przed wizytą (wolne terminy w konsulatach były za jakieś 6 tygodni, tzn. 2 tygodnie po planowanej wizycie) a teraz- jak poprzekładaliśmy wszystko na koniec czerwca- okazuje się, że z czerwcem też mogą być problemy, bo nie ma jeszcze terminów rejestracji.... na lipiec! Kolejny obłęd wizowy- w porównaniu z tymi trudnościami to moje wcześniejsze trudności z uzyskaniem wizy białoruskiej wydają się kompletnymi misiowankami bez znaczenia.
Niedawno uświadomiłem sobie, że istnieje problem już na poziomie komunikacji serwerów- często nie dochodzą moje wiadomości do adresatów, ani do mnie wiadomości wysyłane ze wschodu. I to nawet w przypadku jak dwie osoby mają skrzynkę na gmailu. W ten sposób nigdy nie wiem czy ktoś nie odczytał mojej wiadomości, czy jest zbyt zajęty żeby odpowiedzieć.

 14-20.04.2013 Lwów Ukraina

Bardzo udany wyjazd w ramach współpracy z Rodziną Kolpinga i założonym przez nią UTW. W ramach seminarium delegacja z wrocławskiego UTW spotkała się z przedstawicielami utw we Lwowie (kolpingowskiego i polskiego), Stryju i Stanisławowie (Ivanofrankivsku). Sympatyczni gospodarze zapewnili wikt i miejsce do zamieszkania. W efekcie powstał pomysł wymiany studentów UTW między Lwowem a Wrocławiem mniej więcej raz w roku oraz studentów koła naukowego/ psychologii i pedagogiki z uniwersytetu państwowego im Ivana Franki.

Galeria zdjęć z podróży





28-30.03.2013 Grodno Białoruś
Wyprawa na Białoruś to przede wszystkim problemy z wizą. Konsul trzy razy odrzucał wnioski wizowe. Za pierwszym razem nie podobało mu się, ze zadeklarowałem wizytę prywatną 30-dniową (wnioski można składać albo o wizę 30dniową albo o 60dniową). Potem, nie podobało mu się, że jedna osoba z Białorusi zaprasza 4 osoby z Polski, więc zażądał oryginalnego zaproszenia. Gospodarz musiał jechać w śnieżycę do granicy żeby wysłać list z zaproszeniem. Potem nie podobała mu się forma zaproszenia (zaproszenie było wystawione zgodnie z zaleceniami białoruskiego MSW - wzór zaproszenia został ściągnięty z ich strony i potwierdzony notarialnie). Wizy zostały w końcu załatwione w innym konsulacie, gdzie konsulowi wystarczyła kopia zaproszenia wypisanego odręcznie przez zapraszającego. Obłęd urzędników konsulatu białoruskiego w Warszawie sięga  szczytów absurdu.
Ale opłaciło się- była to jedna z najlepszych konferencji na jakich byłem w życiu. W dodatku udało się poznać wiele osób, z którymi mam nadzieję pracować bardzo blisko w niedalekiej przyszłości. Z Litwy, Brześcia, Kobrynia, ale również z Mariampola, Moskwy, Lwowa, Połtawy i Charkowa. Zobaczymy co z tego wyniknie.

Prześlij komentarz